Wywiady

Nigdy nie mów nigdy w życiu

z Katarzyną Grocholą rozmawia Gabriela Łęcka (Profile, 1999)

- Zacznę od anegdoty: Ostatnio Katarzyna Grochola wybierała się w podróż pociągiem. W księgarni na dworcu poprosiła o cos fajnego do poczytania. Proszę wziąć Grocholę - usłyszała. Czytałam - machnęła ręką... Katarzyna Grochola. Kogo Pani by poleciła w tym kiosku...
- Genialny jest Bułhakow i jego Mistrz i Malgorzata.

- Od czego Katarzyna Grochola zaczynała swoja przygodę z książkami?
- Kiedy w dzieciństwie byliśmy z bratem bardzo grzeczni, mama czytała nam książki. Chcieliśmy lektur poważnych i wstrząsających... I mama czytała nam na przykład Potop. Jeśli byliśmy bardzo grzeczni, to wiedzieliśmy wcześniej czy Oleńka do niego wróci czy nie wróci... Niektóre fragmenty książki, jak się później okazało, mama pomijała. Nie chciała też nam czytać np. Quo vadis. O 8-mej wieczorem rodzice gasili nam światło, ale mieliśmy latarki, z którymi wchodziliśmy pod kołdrę i czytaliśmy książki. Matka przyznała się niedawno, że robiła to celowo, właśnie po to, żebyśmy czytali książki. Czytanie w tajemnicy, to robienie czegoś zakazanego. Od razu po Potopie rzuciliśmy się na Quo vadis. A kiedy mówiłam matce, że mi się nudzi i co by poleciła, ona zastanawiała się i mówiła na przykład: A może coś o szczurach? Błyskały mi oczy, a ona wyjmowała Dżumę Alberta Camusa. Gdybym wiedziała, że za chwilę będzie to lektura obowiązkowa, to pewnie bym tego nie czytała... Bo już Nocy i dni nie mogłam przeczytać.

- W tytułowym opowiadaniu z tomu: Upoważnienie do szczęścia bohaterka zastanawia się wspominając Małego Księcia, czy może wychowywała się na niewłaściwych książkach...
- Nie ma chyba niewłaściwych książek, jeśli się dużo czyta. Bo wtedy w sposób naturalny odrzuca się te niewłaściwe, bo być może są i takie. Dla jednych Sienkiewicz jest znakomitym pisarzem, dla innych nie. Mały Książę jest książką wyłącznie dla dorosłych, wrażliwych i mądrych ludzi. Kiedyś cytowaliśmy z Małego Księcia całe zdania. Jak któraś z moich koleżanek była porzucana to słyszała od przyjaciółki: no wiesz, decyzja oswojeniu niesie ze sobą ryzyko łez. Czyli tak jak mówił lis do Małego Księcia.

- Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem? Czy zawsze chciała pani pisać? Bo przecież chciała pani zostać lekarzem?
- Tak chciałam być lekarzem. Sądziłam, że kiedy zostanę lekarzem śmierć, która jest tylko nieudolnością lekarzy, procesy starzenia się, choroby, natychmiast znikną. Moje omnipotentne podejście do życia szybko dało mi w kość. Kiedy zobaczyłam, że 46 osób umarło mi na rękach pomimo, że przecież ja tam pracuję... Bo byłam wówczas przekonana, ze mam coś takiego silnego w sobie, że mogę pomoc, że człowiek przy mnie ozdrowieje... Te doświadczenia wyleczyły mnie z brania na siebie, że się tak wyrażę - dzieła Bożego. Ale zawsze marzyłam o pisaniu. Pamiętam jak matka zabrała nam kiedyś książki i latarki ok. północy, zaszlochałam: to co mam teraz czytać, matka powiedziała: sama coś napisz i bardzo to było ładne...

- Zanim skupiła się Pani na pracy literackiej, pracowała Pani m.in. jako salowa, korektorka i dyrektor składu celnego.
- Imałam się różnych zawodów, bo w jednej pracy mi przeszkadzało, że trzeba było przyjść o 8 i siedzieć do 16-tej, a w innej co innego. Albo w ogóle nie było pracy, ale wtedy nie bałam się jej szukać. Nie przeszkadzało mi, że jestem salową, a potem korektorką, a potem redaktorką, a potem maszynistką, albo otwieram własną firmę. Byłam dyrektorką składu celnego i odprawiałam tysiące ton butów. Pamiętam że zamówiłam kiedyś w Hiszpanii przepiękne pepegi... Zostało 12 tysięcy par, bo przyszły w nr 45, 46, 47 w różowe kwiatki i nikt tego nie chciał kupić. Takie interesy robiłam...

- Przez wiele lat odpisywała Pani na listy czytelników Poradnika domowego aż do fatalnego przypadku z komputerem...
- Zaczęłam pisać książki kiedy skasowała mi się cala baza danych z trzema tysiącami listów... Wszystko tam miałam o owsikach, o polskich Indianach, żonach alkoholików, o ośrodkach pomocy społecznej dla matek z dziećmi, bez dzieci, z kotami, o biurach matrymonialnych... I diabli mi to wzięli, albo ktoś inny. Wpadłam w rozpacz, bo to było moje jedyne źródło utrzymania. Informatyk powiedział, że to niemożliwe. I wtedy uznałam ze najwyższy czas przestać odpowiadać na listy

- Zrzuciła pani garb?
- Były też przyjemne chwile... Dostałam kiedyś podziękowanie. Napisała do Poradnika Domowego pewna 13-latka, że jest gruba, nie może chodzić w mini spódniczce, że Jacek jej nie kocha a powinien... W tym nawale listów zaczęłam od tego. Pomyślałam, ze dziecko chce usłyszeć coś mądrego i odpisałam jej, że doprawdy uda mogą być grube, ostatecznie liczy się serce, charakter i stosunek do ludzi. Wysłałam, a po dwóch tygodniach dostałam list: Kochana pani Kasiu, już chodzę w krótkich szortach, bo już rozumiem że nie na tym polega życie i za to Pani bardzo dziękuję... Ale skoro zdarzyło się tak, że po 8-miu latach mój komputer wszystko zlikwidował....

- Kiedyś powiedziała Pani, że każdej kobiecie, nie tylko w Polsce, potrzebne są do szczęścia trzy rzeczy: czarny sweter, czarne spodnie i kochający mężczyzna, niekoniecznie czarny... Pani wciąż coś zmienia....
- W moim życiorysie było zawsze tak, że zmiany były bardzo trudne, ale... zawsze na lepsze. Jak mi się wydawało, że przeżywam jakiś koszmar i to jest nie do przeżycia, to potem się okazywało, że to po to, by mnie wytrącić z jakiegoś niedobrego życia, gdzie nie ma miłości, jakby ktoś mówił: nie tak - w inną stronę.... Nie bałam się zmian i nauczyłam się, że zmiana może być naprawdę dobra. I jak mi się coś bardzo nie udaje, to myślę spokojnie � to nie ten czas, uda się albo za chwilę, albo za rok, za jakiś czas.

- Czasem decyzje musiały być błyskawiczne....
- Mieszkałam w Warszawie i przeprowadziłam się pod Warszawę - jak się to mówi - za mężem. I szybko się rozwiedliśmy. Zostałam z pieniędzmi, które nie wystarczały w żadnym przypadku na mieszkanie w Warszawie. I pomyślałam, że jeśli się tak zdarzyło, ze wszechświat mnie wyjął z mieszkania w Warszawie i znalazłam się 35 kilometrów obok, gdzie chodzą bażanty i sarny to nie po to, żebym wracała do kawalerki w Warszawie. Kupiłam kawałek ziemi obok moich przyjaciół i wiedziałam, że jest to jedno jedyne miejsce, gdzie mogę spróbować jako kobieta samotna wybudować dom. I własnymi rękami go wybudowałam, z pomocą murarza.

- Czasem zapominamy, co w życiu jest naprawdę ważne. W swoich książkach przypomina Pani o takich wartościach jak przyjaźń i miłość, o tym że są najważniejsze. Ostatnio usłyszałam takie zdanie - że to co najważniejsze jest na tym świecie - jest za darmo - zdarza się miedzy ludźmi.... Co jest najważniejsze?
- Ostatnio życzyłam swojemu przyjacielowi zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia. Wtedy on porosił � szczęścia też mi życz. Powiedziałam mu, że jak nie ma zdrowia, to nic nie jest ważne. Na co on � wiesz, powiedział - zdrowie Ci na Kursku mieli... Wtedy pomyślałam � zdrowie i szczęście są najważniejsze.

- Wcześniej sama miała Pani kłopoty ze zdrowiem.
- Miałam raka, a jak się ma raka to człowiek przestaje się bać innych rzeczy. Nie mam już tego, co powodowało u mnie paraliżujący strach. I dziś nie zależy mi na tym, żeby mój szef był ze mnie zadowolony. Miałam odwagę rezygnować dwa razy z pracy bardzo dobrze płatnej, ale koszmarnie nudnej. Choroba dala mi odwagę, żeby przestać się bać. Za chwilę, w Londynie, zarabiałam myjąc przez sześć tygodni ubikacje. A kiedy wzdychałam: na co mi przyszło... moja ciocia powtarzała mi: Ty jedną ręką trzymaj koronę, a drugą pracuj porządnie.

- Proust mawiał Pani Bovary to ja... Czy mogłaby Pani tak powiedzieć o Judycie, bohaterce Nigdy w życiu? Ile jest w Judycie z Pani?
� Stosunkowo dużo, chciałabym powiedzieć, że bardzo dużo, ale niestety Judyta ma 37 lat, a to znaczy, że jest starsza ode mnie... /śmiech/. Podobnie jak Judyta zaczęłam żyć na wsi, zaczęłam mieć koty, które do dziś przynoszą mi żywe myszy... No i moi sąsiedzi rzeczywiście mieli kota persa, który był kompletnie skołtuniony i trzeba go było ogolić, bo w takich przypadkach nic innego nie można zrobić. Koszmarnie wygląda taki kot z gęsią skórką. U nas na wsi była pani Stasia, która rozwoziła mleko. Kiedy moja przyjaciółka podeszła do płotu z kotem jeszcze nie nazwanym, ta widząc go z daleka zawołała: Ojej, jakie ładne kociątko. Moja przyjaciółka postawiła tę kaczkę, żeby odebrać mleko, na co pani Stasia tym razem z obrzydzeniem znów zawołała: Ojej! Jakie kociątko... I natychmiast kot dostał imię Ojej. Do dziś żyje, musiałam go opisać, miałam go za płotem...

- Podobno zaczyna Pani pisanie od wymyślenia ostatniego zdania książki. Bez tego ostatniego zdania nie napisałaby Pani pierwszego?
- W szkole uczono mnie, ze musi być wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Dopiero potem przeczytałam książkę Stephena Kinga Jak pisać, gdzie on twierdzi: owszem muszą być te trzy elementy, ale nie muszą występować w tej kolejności... Gdyby mnie tego uczono 20 lat temu, to dużo wcześniej wydawałabym książki. Natomiast ja miałam poważny problem - miałam tylko ostatnie zdanie, więc musiałam się najpierw zajmować zarabianiem na życie, a teksty wkładać do szuflady... Kiedy miałam 14 lat napisałam opowiadanie i wysłałam je do jakiegoś pisma. Byłam przekonana, że przynajmniej Nobel wróci jakoś rykoszetem... Pamiętam początek był taki, że: Latarnie zapalają się leniwie, a koniec - że gasły leniwie.. W środku było półtorej strony o miłości. Byłam wstrząśnięta genialnością tego sformułowania /śmiech/.

- A kiedy powstaje tytuł? Jak powstał na przykład taki tytuł Kot mi schudł ?
- Kiedyś napisałam sztukę i dałam ją do przeczytania mojej matce, która zapytała z wyrzutem: Czy Ty nie możesz czegoś normalnego napisać? Na przykład co � zapytałam. No... na przykład, zamyśliła się, spojrzała na kota i powiedziała: a wiesz, że kot Ci schudł? Tak się wkurzyłam, że napisałam sztukę Kot mi schudł...

- Współtworzyła Pani serial "M jak miłość". Czym różni się ta praca od pisania książek?
- "M jak miłość" jest autorstwa Ilony Łepkowskiej. Ja napisałam paręnaście odcinków. To ja zabiłam Elżbietę. Poszukiwano kogoś do tego serialu i pomyślałam, że to ciekawe, że można się czegoś nauczyć. Serial rządzi się sztywnymi prawami, o czym wówczas nie wiedziałam, Okazało się to bardzo pracochłonne. Poza tym kazali mi zabić Elżbietę. � taki jest los scenarzysty.

- Powstał film o losach Judyty, bohaterki Nigdy w życiu. Scenariusz napisała właśnie Ilona Łepkowska. Mogła Pani decydować o tym jak to będzie przebiegało?
- Nigdy w życiu było pierwszą moją książką, która odniosła sukces i sprzedałam prawa do książki razem z prawami do filmu. Dlatego nie ja decydowałam ani kto kupi, ani kto ma pisać, ani kto będzie grał. Oczywiście konsultowałam ten film � chciałam by nie obcinano całego grona przyjaciół Judyty. Moja bohaterka żyje wśród ludzi i tym się m.in. różni od Bridget Jones, z którą ją niesłusznie porównywano. Odpowiada na listy, jest życzliwa światu, jej pozorna niekonsekwencja to przecież zabieg literacki, i każdy wie, ze to fajna, mądra kobieta, która potrafi się przyjaźnić, patrzeć na przyrodę.

- A jakie filmy Pani lubi?
- Jestem kinomanem. Ostatni dobry film to Porozmawiaj z nią. Lubię komedie romantyczne, a najbardziej Nothing Hill. Nie podobał mi się Dzień świra. Nie mogłam obejrzeć do końca.

- Ma Pani maksymę życiową?
- Kiedyś przeczytałam a może usłyszałam na jakimś amerykańskim filmie takie zdanie: Wszystko co Cię nie złamie, umocni Cię i jest to chyba jedno z mądrzejszych zdań jakie słyszałam.

- Nad czym Pani teraz pracuje?
- Pracuje nad sztuką, którą jest zainteresowany Piotr Lazarkiewicz, a która nie będzie wesoła, nad następną powieścią, która będzie nosiła tytuł Osobowość ćmy a także nad trzecia częścią przygód Judyty...


Katarzyna Grochola. Autorka głośnych książek Nigdy w życiu i Serce na temblaku. Napisała także m.in. opowiadania pt. Upoważnienie do szczęścia, opowieść "Przegryźć dżdżownicę", graną jako monodram przez Joannę Żółkowską oraz kilka sztuk teatralnych; dwie z nich: "Pozwól mi odejść" i "Kot mi schudł" zdobyły 4 nagrody na konkursie dramaturgicznym TESPIS 2000. Przez osiem lat odpisywała na listy czytelniczek Poradnika Domowego i Jestem.
© www.i-ksiazka.pl